recenzja filmu

Drzewo życia | Terrence Malick

drzewo-zycia-film

Nakręcone zostały “dzieła”, które mogą porazić swoją beznadziejnością. Istnieją filmy wyprodukowane tylko dla rozrywki. Są tytuły poszerzające horyzonty. Ale są też filmy działające na wyobraźnię. Takie właśnie jest kolejne dziecko Terrence’a Malicka, “Drzewo życia”. Reżyser nie potraktował nas jak masy, na której da się zarobić. Potraktował jak równych sobie, jak ludzi inteligentnych.

Drzewo życia filmem artystycznym i symbolicznym

Pierwsze co rzuca się w oczy podczas oglądania filmu to fakt, że nie jest on dla każdego. Może obsadzenie Brada Pitta wyło błędem? Kochają go tłumy. Kochają go za “Babel”, “Siedem” czy “Bękarty wojny”, ale także za “Mr. & Mrs. Smith”. Marka zwana Pittem jest reklamą samą w sobie.

Tymczasem “Drzewo życia” nie jest filmem zwykłym. Jest filmem artystycznym. Malick zastosował w filmie język symboli. Tytuł ten jest jak sztuka. A ona jest subiektywna i każdy rozumie ją na swój własny sposób. Być może dlatego film będzie rodził skrajne emocje. Nie ma tu miejsca na półśrodki. Albo się go doceni i pokocha, albo wprost przeciwnie.

Film dla oka i ducha

Nasuwa się w tym momencie także myśl, że czasami przy nagradzaniu filmów przydałaby się osobna kategoria. Ten film bardzo różni się od pozostałych nominacji do Oscara. Stoi klasę wyżej. Brak tu wartkiej akcji. Praktycznie nie ma dialogów. Są za to pytania bez odpowiedzi. Scenariusz to strzępki rozmów, pojedyncze hasła.  Dlaczego? Chcę! Nie chcę! Po co żyję? Momentami  konwencja filmu ociera się o patos. Życie we wielkim wszechświecie. Świat jest ogromny, a człowiek taki malutki.

Pojawiają się tutaj wspaniałe zdjęcia. Takie rodem z National Geographic także. Momentami przychodzi do głowy myśl: ale co autor miał na myśli? Ale czy tak samo nie zastanawiamy się nad sobą i nad życiem? Czy taka właśnie nie jest sztuka? Równie dobrze można zadać pytanie co Goya czy Picasso miał na myśli malując swój obraz.

Drzewo życia: fabuła

Jakkolwiek banalnie to nie zabrzmi, jest to film o życiu. Narodziny i śmierć. Radość i smutek. Szczęście i choroba. Nieuchronność kłopotów, niezrozumienie. Podczas oglądania filmu nie dowiemy się, jak bohaterowie się nazywają. Dlatego losy bohaterów filmu mogą być losem każdego z nas. Ojciec (Brad Pitt) żyje we własnym świecie. Uwielbia Brahmsa, jest niespełnionym muzykiem, ale nie okazuje emocji. Rodzinę trzyma na dystans, jest surowy. On w tej bajce symbolizuje brutalność świata. Matka (Jessica Chastain) za to jest tym, co w życiu najcudowniejsze. Jest piękna, delikatna, kochająca i troskliwa. Ona jest wiosną życia, on jesienią. Nie chcemy tej jesieni, uciekamy przed okropieństwami świata, nie rozumiemy ich, mamy ochotę z nimi walczyć. Ale jest to porządkiem rzeczy, nie zniknie. Jeden z ich trzech synów (Hunter McCracken / Sean Penn) próbuje zrozumieć o co w życiu w ogóle chodzi.

“Drzewo życia” to film wspaniały pod względem technicznym. Arcydzieło reżyserskie z przewspaniałymi zdjęciami, muzyką poważną i dobrą grą aktorską. Przemyślany w każdym calu. Nie jest łatwy. Trzeba go zaakceptować jakim jest, bo jest dziełem całkowicie odautorskim. Będąc czy nie będąc fanem reżysera, warto obejrzeć, by się przekonać czy taki rodzaj filmu jest dla nas.

Drzewo życia (The Tree of Life) | USA, 2011 | dramat | reż: Terrence Malick | wyst.: B. Pitt, S. Penn, J. Chastain, H. McCracken | Monolith Films | 8/10

1 Komentarze
Podziel się treścią

Joanna Kulik

Absolwentka Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej. Opcjonalnie technik obsługi turystycznej. Uwielbia czytać, oglądać, podróżować, odkrywać. I o tym pisze.

1 Komentarze

  1. Anonimowy
    27/02/2013 at 11:22 am

    Głęboka recenzja zachęcająca do obejrzenia filmu 🙂 Pozdrawiam Gangleona

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Obowiązkowe pole są odpowiednio zazanaczone*