recenzja serialu

Teoria wielkiego podrywu | recenzja serialu

teoria-wielkiego-podrywu-recenzja-serialu

Seriale komediowe potrafią być żyłą złota, niczym El Dorado. Podczas gdy jednym zarzuca się wykorzystanie szablonu sukcesu (łączy się tutaj “Przyjaciół” z “Jak poznałem waszą matkę”), inne święcą triumfy dzięki zaskakującemu, nowatorskiemu pomysłowi. Dlatego “Teoria wielkiego podrywu” znalazła się w garstce sitcomów dających podglądaczom życia bohaterów radość przez wiele sezonów.

Jedna z teorii mówi, że im nowszy sezon, tym nudniejszy. Zespół scenarzystów dzielnie się jej przeciwstawia, pisząc dalej odcinki ciekawe, zabawne i stale zaskakujące. Mimo już szóstego sezonu serial oglądany jest z nie mniejszą uwagą. A co najciekawsze, to nie relacje damsko-męskie wbrew pozorom są w nim najbardziej interesujące. Choć jakkolwiek by nie było, oczywistym jest, że muszą się pojawić. W “Teorii wielkiego podrywu” czeka się z niecierpliwością na kolejne naukowe przygody Sheldona i jego przyjaciół. Ich próba przeniesienia nauki na relacje międzyludzkie? Bezcenna. 

Druga z teorii mówi, że im bardziej postaci są przerysowane, tym z większym zaciekawieniem ogląda się ich dole i niedole. Z tym już muszę się zgodzić w całości. Bowiem mamy tutaj (teoretycznie) nie dostosowanego do życia wśród ludzi Sheldona (Jim Parsons), którego największą wadą (aczkolwiek zaletą w kwestii komediowej) jest nerwica natręctw, niepotrafiącego wydać z siebie głosu w towarzystwie kobiet Raja (Kunal Nayyar), koszmarnie zestresowanego, ale usilnie starającego się zgrywać luzaka Leonarda (Johnny Galecki), bodajże najbardziej natrętnego w stosunku do kobiet faceta, Howarda (Simon Helberg) oraz kobietę-rodzynka, Penny (Kaley Cuoco), która jest totalnym przeciwieństwem całej grupki kujonów.

Chuck Lorre (odpowiedzialny także za “Dwóch i pół”) oraz Bill Prady podarowali widzowi niesamowicie zabawny sitcom, który w bardzo przystępny, ale i niesamowicie zabawny sposób stara się widzowi wpoić zamiłowanie do nauk ścisłych. Jak na amerykański serial przystało, musi być w nim miejsce na sporą dawkę tolerancji rasowej czy narodowościowej, aczkolwiek już nie ma jej w stosunku do nauk humanistycznych czy osób mniej inteligentnych od głównych bohaterów. Jednak całość jest podana w sposób tak zabawny, że w ogóle nie zwraca się na to uwagi.

Aktorstwo po części jest genialne. Zwłaszcza jeżeli chodzi o “złodzieja scen”, Parsonsa (zaskakujący, ale jakże nawiązujący do tego serialu epizod miał w “Powrót do Garden State”, wspominając tam o posługiwaniu się językiem klingońskim). W chwili, gdy pojawia się na ekranie, nie obchodzi nas już prawie nic poza tym, co jego bohater tym razem wymyślił i w jaki sposób aktor nam to przekaże. Pojawiająca się w jednym z kolejnych sezonów Amy (Mayim Bialik) jest świetna póki kreuje się ją na damską kopię znerwicowanego bohatera. Przejawiając “dziewczyńskie” cechy, postać ta stawała się po prostu nudna. Początkowo obawiałam się, że zniknie równie nagle jak się pojawiła, ale na szczęście w szóstym sezonie rekompensuje wszystko. Co ciekawe talent komediowy aktorki (mimo zdecydowanej skłonności do pojawiania się w serialach), docenił nawet Woody Allen (“Nie wkładaj palca między drzwi”). Jeszcze bardziej nietrafioną bohaterką okazała się Bernadette. Z czasem jednak przyzwyczajenie bierze górę: szczerze mówiąc już nie wyobrażam sobie tego serialu bez Melissy Rauch. Nayyar również daje z siebie co może, aczkolwiek w jego przypadku większym sukcesem jest sama kreowana postać. O tyle, o ile Helberg jest niesamowicie naturalny w nieumiejętności podrywaniu dziewczyn, o tyle Galecki zaczyna po pewnym czasie nużyć swoją jednostajną miną. Cuoco (seriale “Czarodziejki” czy “8 prostych zasad”) jest po prostu taka sama jak w innych produkcjach tego typu. Niczym nie zaskakuje.

Moją teorią jest fakt, że jeżeli duet producencki Lorre-Prady, odpowiedzialny po części także za scenariusz, nie spocznie na laurach, “Teoria wielkiego podrywu” ma szansę zbliżyć się ilością odcinków i popularnością do tych najlepszych. A poziomem dawki rozrywki i uśmiechu na twarzy już może równać się z wymienionymi wyżej. 

Teoria wielkiego podrywu (The Big Bang Theory), komedia, USA, 2007-…)
Twórcy: Ch. Lorre, B. Prady, wyst.: J. Galecki, J. Parsons, K. Cuoco, S. Helberg, K. Nayyar, M. Bialik, M. Rauch
Moja ocena: 9/10

 

2 Komentarze
Podziel się treścią

Joanna Kulik

Absolwentka Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej. Opcjonalnie technik obsługi turystycznej. Uwielbia czytać, oglądać, podróżować, odkrywać. I o tym pisze.

2 Komentarze

  1. Queen Margot
    17/11/2013 at 12:47 pm

    Ostatnio oglądając stare odcinki "Teorii" stwierdziłam, że Penny i Amy najbardziej ewoluowały przez te wszystkie sezony. Wolałam Amy jak była jeszcze pozbawiona tych "dziewczyńskich cech". Penny ostatnio działa mi na nerwy, bo zrobiła się po prostu wredna. Wygląda to tak, jakbym pisała o swojej koleżance a nie postaci z serialu 🙂
    Pozdrawiam ciepło 🙂

    • admin3682
      17/11/2013 at 7:57 pm

      Cóż, taka już dola tych bohaterów, że traktuje się ich co najmniej jak sąsiadów 🙂 Także wolałam tą początkową Amy. Taka damska wersja Sheldona, a to w końcu on jest najzabawniejszy. Ja utknęłam na drugiej połowie 6. sezonu, więc jestem trochę do tyłu

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Obowiązkowe pole są odpowiednio zazanaczone*