Ironiczne spojrzenie na siebie i na Japonię








„Nigdzie na świecie nadejściu wiosny nie towarzyszy tyle dramatyzmu co w Japonii. Nadejście sakura (…) to gorączkowy okres (…). Karoshi (śmierć z przepracowania) zbiera w marcu największe żniwo. Nieprzekraczalne terminy, egzaminy końcowe, płatności transferowe – a potem nagle wiosenny wiatr przywiewa kwitnienie wiśni. (…) Od intensywnej pracy wszyscy przechodzą do intensywnej zabawy. W cieniu kwiatów gromadzą się tłumy, sake płynie strumieniami, rozluźniane zostają węzły krawatów, na potęgę układa się i recytuje szalone haiku. (…)
Prócz kontemplacji kwiatów wiśni, jest też kontemplacja księżyca, śniegu, kwiatów polnych, liści jesiennych oraz letnia obserwacja gwiazd. Każda z nich wymaga zaangażowania i wykonywania konkretnych procedur z określonych porach roku.”

Być może właśnie dlatego Will Ferguson wpadł na pomysł, by odbyć tę szaloną podróż z południa na północ Japonii. Zgodnie z Frontem Kwitnienia Wiśni. Autostopem. W kraju, w którym w ten sposób się nie podróżuje, a podróżników “za jeden uśmiech” się ze sobą nie zabiera. W każdym razie “W drodze na Hokkaido” jest pozycją napisaną przez człowieka, który bardzo dobrze poznał ten kraj. I potrafi skutecznie zarazić pewnego rodzaju uczuciem do tego kraju. Choć autor już na wstępie zaznacza, że poznać ten kraj i ludzi w nich mieszkających tak dogłębnie, że już nic nie będzie w stanie człowieka zaskoczyć, absolutnie nie jest możliwe.

„Zgadzam się, że Japonia jest pod wieloma względami wyjątkowym krajem, ale podobnie jak kobieta, która wie, że jest piękna, albo mężczyzna, który wie, że jest przystojny, umie być naprawdę wkurzająca.”

Z niektórymi książkami niezwykle trudno jest się rozstać. Można na nich zarywać nocki, ale im bliżej do końca, tym trudniej się zmobilizować do szybkiego czytania.”W drodze na Hokkaido” poświęciłam prawie trzy miesiąca, racjonując dzienne dawki, by jak najdłużej czuć tę przyjemność z jej czytania. Ferguson zdaje nam niezwykle dokładną i rzetelną relację ze swojej przygody. Książka jest wartka i niezwykle wciągająca. Nie brak tu inteligentnego humoru i ironii. Raz po raz można wybuchnąć gromkim śmiechem.

„Pod pewnymi względami zazdroszczę katolikom. Nie wiem, czy nie pomijam jakichś istotnych szczegółów, ale na ile się orientuję, katolik po prostu podchodzi do budki, wylicza swoje grzechy księdzu, ten wyznacza mu kilka pokutnych łamańców językowych i wszystko jest już wybaczone. Natomiast protestanci przyrastają do swoich win na wieczność, a jeżeli komuś trafi się akurat być prezbiterianinem, to lepiej w ogóle dać sobie spokój i od razu się zastrzelić.”

Książka powstała w zasadzie na bazie rozmów i doświadczeń z mieszkańcami kraju kwitnącej wiśni. Oraz tego, co przeżywa osoba próbująca nam przybliżyć jej aktualne najbliższe otoczenie. Autor zabawne i czasami szokujące dialogi dodatkowo okrasza informacjami o samym kraju. Pytanie: czego w tej pozycji nie ma? Historia: rozmowy o wojnie, których lepiej nie podejmować, informacje o samurajach, zamkach i wszelkiej maści legendy. Sport i kultura każdego rodzaju: muzyka z karaoke na czele, bębny, taniec i teatr. Religia – jej początki i zasady, związany z tym kult seksu, a konkretnie świątyń seksu z dodatkiem w postaci muzeum oraz pielgrzymowanie. Piękne krajobrazy i cuda natury. Wiśnie, ale także jabłonie i śliwy. Jedzenie i oczywiście sake. Zwyczaje i przyzwyczajenia Japończyków, ich wady i zalety. Ich arogancja, gościnność (albo raczej poczucie konieczności bycia gościnnym) absurdy życia i myślenia, (nie)znajomość języka angielskiego oraz… zrzucanie winy na nieśmiałość.

„Żeby obejrzeć ‘niebiański most’ w sposób zgodny z instrukcją, należy wejść na górę, obrócić się do niego tyłem i schylić, a potem spojrzeć pomiędzy kolanami. Gdy głowa zwisa w odwrotnym położeniu, a zmysły tracą orientację, odnosi się podobno wrażenie, że most płynie w powietrzu. Nie mogłem się doczekać oglądania japońskich turystów przyjmujących tę niezgrabną pozycję.
Broszura reklamowa przebiła moje oczekiwania zdjęciem ubranej w minispódniczkę śliczniutkiej Japoneczki, która, po schyleniu się, posyła do aparatu uśmiech spomiędzy nóg. Bezpośrednio nad jej pupą widniały dumne słowa: Jeden z trzech japońskich cudów natury. Inna ulotka nakazywała turystom ‘zachwycać się pięknym widokiem między nogami’, a miejscową pamiątką jest wystrugany z drewna bardzo giętki mężczyzna (…). Wyglądał raczej na kogoś, kto wykonuje numer w burlesce, niż na miłośnika przyrody, ale pani Ito kupiła go dla mnie, upierając się, że faktycznie ‘kontempluje on niebiański most’”.

Wszystkie informacje podane są nam niezwykle barwnym i obrazowym językiem. W książce nie ma (poza okładkową) ani jednej fotografii. Napisać tekst w takiej formie, by czytelnik widział opisywane krajobrazy oczami autora  – to dopiero jest talent. Wyobraźnia działa na pełnych obrotach. Czuć zapachy, słychać muzykę, widać obrazy.

„Księżyc nadawał światu blady odcień, czułem się, jakbym wpadł do czarno-białej fotografii barwionej na niebiesko. Zza wody dobiegały krzyki małp. Leżałem na piasku, patrząc na gwiazdy, i czułem, jak pode mną kręci się Ziemia. Wystarczyło wytężyć uszy, by usłyszeć skrzypienie i trzeszczenie bloków i lin obracających tę planetę oraz wszystkie żywe istoty, które się jej trzymają. Przez przyprawiający o zawrót głowy ułamek chwili poczułem, że mógłbym się ześlizgnąć i zacząć spadać w nicość.”

Do tego wszystkiego podczas samochodowych, barowych czy domowych rozmów z mieszkańcami wyspiarskiego państwa można dowiedzieć się i tego, co Japończycy sądzą o Zachodnim świecie (czy też Wschodnim, jakkolwiek na mapę spojrzeć). Jak podchodzą do obcokrajowców.

“Japończycy nie są chłodnym narodem. (…) Problem polega na tym, że nie jesteśmy u nich mile widziani. To znaczy jesteśmy traktowani jako obcy. Problemem nie jest wykluczenie, lecz częściowe wykluczenie. Drzwi są otwarte, ale nie został zdjęty łańcuch łączący je z framugą. Jedna ręka zaprasza do wejścia, a druga zatrzymuje. Japonia przypomina hostessę, która flirtując, wdziera się do naszego serca, nalewa nam drinki, łechce naszą miłość własną, uśmiecha się i wzdycha, wysłuchuje naszych opowieści, a potem, gdy zapada chwilowa cisza, pyta: ‘Jak to zrobiłeś, że tak się spasłeś?’. (…) I tak nie mógłbym zostać Japończykiem, nawet gdybym chciał – i to właśnie obraża moją dumę. Chcemy móc odrzucać, ale nie chcemy zostać odrzuceni.”

Ferguson z wielkim dystansem opisuje swoje przygody. Czyta się je czasem z uśmiechem, czasem z obawą. Ale na pewno z wielkim zainteresowaniem. Bajecznie (mam nadzieję, że także prawdziwie, a nie stereotypowo) kształtuje obraz mieszkańców państwa, które jest oddalone od świata, które nie czuje się związane z nikim, dla których kraje azjatyckie to “kamienie na sercu”, będące kwestią niezwykle wstydliwą. Obraz narodu, który wszystko tłumaczy nieśmiałością i który próbuje za wszelką cenę być perfekcyjnym.

„Dziesięć lat nauki angielskiego, a nie potrafią nawet odpowiedzieć cudzoziemcowi na pytanie: „która godzina?”. My, Japończycy, jesteśmy zbyt płochliwi (…). Musimy być nieustraszeni. Już nie podejmujemy ryzyka. Japończycy nie chcą popełniać błędów. Są za bardzo dumni. Są (…) zbyt nieśmiali.
Nieśmiałość: w Japonii jest ona uniwersalną wymówką. Jeśli kiedykolwiek zostanę zaciągnięty przed oblicze japońskiego sądu, zamierzam wykorzystać ją w swojej linii obrony.”

Przed “W drodze na Hokkaido” nie przeczytałam absolutnie żadnej pozycji na temat Japonii. Niezwykle rzadko można też spotkać się z przygodami podróżników w ich relacjach właśnie z tego państwa. Kraj Kwitnącej Wiśni jest przeważnie podejrzanie pomijany. Po przeczytaniu powyższej książki mam nieco zarysowany powód tej sytuacji. I jednocześnie czuję ogromny niedosyt. Z pewnością sięgnę po inne tytuły dotyczące tego państwa.

„Oczywiście, tego rodzaju pochwały się bez znaczenia. Japończycy obsypują ludzi Zachodu pustymi komplementami. Jeżeli ktoś taki opanuje sztukę jedzenia pałeczkami, chwalą go za doskonałą koordynację wzrokowo-ruchową; jeżeli złapie leniwą, wysoką piłkę podczas gry w baseball, chwalą go za wysportowanie; jeżeli nauczy się mówić ‘cześć’ po japońsku, chwalą go za opanowanie języka. Najczęściej słyszany w takich sytuacjach zwrot to jozu desu ne! Można go przełożyć jako: ‘Rety, ależ jesteś zdolny!’, lecz w dokładniejszym tłumaczeniu brzmiałby: ‘Nieźle, jak na debila’.”
„My, Japończycy (…) nie jesteśmy albo aroganccy, albo niepewni siebie. Jesteśmy tacy i tacy. Wie pan, można być niepewnym siebie w bardzo arogancki sposób – i na odwrót. A spójrzmy na Amerykę. Zawsze uważałem, że Amerykanie potrafią być tępi w bardzo sprytny sposób.”
W drodze na Hokkaido. Autostopem przez Kraj Kwitnącej Wiśni, Will Ferguson, literatura podróżnicza / publicystyka, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2011, 528 stron
Moja ocena: 9/10

Similar Post

4 Comments

  1. Tak bardzo chcę kupić tą książkę! Albo dostać! Jeszcze jej nie mam, a marzę o jej przeczytaniu od dawna. Teraz, gdy przeczytałam o niej u Ciebie, chcę ją jeszcze bardziej 🙂

    1. Święta się zbliżają, więc warto podłożyć odpowiedni list przed oczami bliskich lub znajomych 😉 Rzeczywiście, warto ją mieć/przeczytać. Bardzo miło ja wspominam, nawet po takim długim czasie od jej przeczytania.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *