tędy i owędy po kulturze

Czyż nie dobija się koni? | książka kontra film

czyz-nie-dobija-sie-koni-ksiazka-film




 

Najlepsze filmy pamięta się latami. Bez zająknięcia zaliczyłabym do tej kategorii dwa tytuły Sydneya Pollacka: “Pożegnanie z Afryką” i “Tacy byliśmy”. Miałam ostatnio w końcu okazję zobaczyć “Czyż nie dobija się koni?”. Nie zawiodłam się. Ale nie objęła mnie także wszechmocna ekscytacja. Bardziej zafascynował mnie opis książki. Wspomina on bowiem o zainteresowaniu Sartre’a tą powieścią i odniesieniami do jego filozofii egzystencjalizmu.

Wielokrotnie spotkać się można z opiniami, iż w tym rzadkim przypadku ekranizacja okazuje się lepsza od pierwowzoru. Ja bym tego w ten sposób nie porównywała. Zarówno książka, jak i film mają w sobie to coś. Niby skupiają się na tym samym, ale jednocześnie mają nieco inny przekaz. Z pewnością mogę powiedzieć, że Pollack odebrał klasyk McCoya nieco inaczej niż ja. Coś dodał, coś odjął, coś pozmieniał. Nie zaprzeczam jednak, że wyszedł z tego niezły kawał świetnego kina.

źródło: www.alekinoplus.pl

Rzecz się dzieje w Kalifornii. Przypadkowe spotkanie Glorii i Roberta owocuje wspólnym udziałem w najdłuższym maratonie tanecznym. I już na tym etapie pójdźmy dwiema ścieżkami. Droga McCoya prowadzi nas głębiej w duszę głównej bohaterki. Od początku znamy finał tej historii. Ale to jednak w tym przypadku nie jest najistotniejsze. Sama narracja początkowo nie wciąga. Jeśli można tak napisać, ta chudziutka powieść rozkręca się dopiero pod koniec. A haczykiem jest odkrycie przyczyny tego, co się zdarzyło. Pollack natomiast skupia się nie tyle na wspomnianej wyżej parze, ale poprzez nich obrazuje nam amerykański świat snów w czasach wielkiego kryzysu: wyścig szczurów, błądzenie i galopujące życie – aż do zatracenia samego siebie. Ludzkie słabostki, desperacja i ułomności. Portrety poranionych dusz. I dzięki takiemu rozwiązaniu film nie nuży tak, jak niektóre fragmenty książki.

Obejrzenie “Czyż nie dobija się koni?” zaraz po przeczytaniu oryginału wzmocniło odbiór książki. Co więcej, pozwoliło przemyśleć sprawę po raz kolejny i odkryć w historii drugie dno. Dla mnie to wielkie wydarzenie taneczne jest swoistym reality show, ujawniającym gdzieś po drodze ludzką naturę. Mimo, że jest to typ spektaklu w pewnym stopniu reżyserowanego. Bierzmy jednak pod uwagę, że obydwa dzieła zostały spłodzone na długo przed poznaniem tego gatunku telewizyjnego. Zatem mamy tu pewne prekursorstwo w tym temacie z niezwykle realistycznym podsumowaniem: cokolwiek się nie zdarzy, “the show must go on”. Ten motyw jest tutaj ukazany niezwykle dobitnie:  staczanie się ku uciesze innych. Sama rewia to już za mało, by dostarczyć widowni rozrywki. Potrzeba mocnych wrażeń. Prześcigania się i dążenia do celu po trupach. Krwi i bólu. Upadku w dosłownym tego słowa znaczeniu, ale także jako człowieczej degradacji. Dotyka też sam fakt, że pomimo tylu lat od jego powstania (od napisania powieści tym bardziej, chodzi bowiem o lata trzydzieste), temat jest stale aktualny, historia zatem nie traci na wartości. I przypuszczam, że tego nie zmieni nawet kolejne osiemdziesiąt lat.

kadr z filmu: 
źródło: www.filmweb.pl

Obraz Pollacka jest rewelacyjny – na równi z innymi tytułami spod jego ręki. Z tak samo świetnymi zdjęciami. Podaje nam on bowiem jak na tacy portrety ludzkie, które potrafimy zrozumieć. I tutaj dochodzi jeszcze kwestia aktorstwa, które jest genialne! W tym wszystkim bowiem Fonda i Sarrazin są niewiarygodnie przekonujący. Kompletnie bez słów lub czytając między wierszami zwykłych złośliwości jesteśmy w stanie pojąć co gra w duszy tej dziewczyny, że gdzieś głęboko jest mocno poranioną osobą. A potrzeba jej tylko… dżentelmena, który ulży jej cierpieniom. Fonda jako diament  wydaje się nieprzesadzonym określeniem. Ale jest tutaj jeszcze jedna perełka – Susannah York w roli Alice. Z pozoru pusta kobietka aspirująca do wielkiego Hollywood. Tę uczestniczkę show jesteśmy w stanie odkryć dopiero w drugiej połowie filmu, podczas genialnej dramatycznej sceny pod prysznicem. Dialogi w filmie, ironiczne czy zjadliwe, są po prostu wypunktowane idealnie. I na koniec: przekaz, który daje do myślenia. Wiele mniej lub bardziej oczywistych prawd, które przekazane są nie nachalnie, a mimo to widzów dotykają.

kadr z filmu:
źródło: http://thefilmexperience.net

Wracając jeszcze na chwilkę do książki. Grubością ona nie zadziwia. Przeczytanie powieści zajmie dosłownie chwilkę. Jak na swoją małą objętość jednak zawiera w sobie wiele treści. Sedno tkwi między wierszami. Pod przykrywką dialogów, które równie dobrze możemy posłuchać wędrując ulicami. Wydanie książki dodatkowo daje możliwość przypomnienia sobie samego filmu, ponieważ zawiera kilka świetnie punktujących historię kadrów.

“Nagle zrozumiał o co jej chodzi. W życiu nie miewa się nowych doznań. Coś może ci się przytrafić i myślisz, że nigdy tego nie przeżyłeś, myślisz, że to coś całkiem nowego, ale jesteś w błędzie. Wystarczy spojrzeć, czy powąchać, usłyszeć, czy dotknąć, żeby się przekonać, że to doznanie, na pozór całkiem nowe, bynajmniej takie nie jest.”

Prawdą jest, że książki warto czytać przed sięgnięciem do ekranizacji. “Czyż nie dobija się koni?” dała mi obraz zgoła inny niż zaserwował Pollack. Całą historię wyobrażałam sobie jako pewnego rodzaju rachunek sumienia zdawany w obecności adwokata, prawie jak w filmie “Vanilla Sky” (z Cruz i Cuisem). Lub jako dramat sądowy. Nie zaprzeczę jednak temu, że po przeczytaniu warto poznać wizję reżyserską. Kolejność – bez znaczenia. Adaptacja bowiem nie jest na tyle wierna, by żałować czasu poświęconego literaturze (a zajmie go nie więcej niż samo oglądnięcie filmu).

Czyż nie dobija się koni? (They shoot horses, don’t they?), dramat, USA, 1969
Reż: S. Pollack, wyst.: J. Fonda, M. Sarrazzin, S. York, G. Young, R. Buttons, M. Conrad, B. Badelia Moja ocena: 8/10
Czyż nie dobija się koni?, Horace McCoy, literatura współczesna / klasyka, Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, 1987, 116 stron
Moja ocena: 6/10
0 Komentarze
Podziel się treścią

Joanna Kulik

Absolwentka Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej. Opcjonalnie technik obsługi turystycznej. Uwielbia czytać, oglądać, podróżować, odkrywać. I o tym pisze.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Obowiązkowe pole są odpowiednio zazanaczone*