recenzja książki

“Szachinszach” Ryszard Kapuściński | recenzja książki

szachinszach-ryszard-kapuscinki-recenzja-ksiazki
“Na całym świecie, o każdej godzinie, na milionach ekranów widzimy nieskończoną liczbę ludzi, którzy coś do nas mówią, o czymś przekonują, robią gesty i miny, zapalają się, uśmiechają, kiwają głowami, pokazują palcem, a my nie wiemy, o co chodzi, czego od nas chcą, do czego wzywają. Jakby to byli przybysze z odległej planety, jakaś wielka armia reklamowych naganiaczy z Wenus czy z Marsa, a przecież to nasi pobratymcy, cząstka naszego rodzaju, te same kości, ta sama krew, też poruszają ustami, te słychać głos, a nie możemy zrozumieć się ani na jotę. W jakim języku będzie się toczyć uniwersalny dialog ludzkości? Kilkaset języków walczy o uznanie i awans, podnoszą się bariery językowe, wzrasta niezrozumiałość i głuchota.” [str. 14]

W tym słowach Kapuściński idealnie odsłania nasze pojmowanie kultury arabskiej. Mieszkańcy Bliskiego Wschodu i ich życie to dla nas świat rysowany innymi kredkami. Możemy to określić w wielu słowach, mniej lub bardziej pochlebnych. Ale trzeba zaznaczyć, że zawsze patrzymy przez pryzmat własnej natury. Sam autor tego reportażu nie do końca jest w stanie pojąć naturę Irańczyków, pomimo swych prób. Tylko czy którykolwiek Europejczyk tak naprawdę jest w stanie to zrobić?

“Próbuję ich zrozumieć, ale coraz to natrafiam na ciemny obszar, po którym zaczynam błądzić. Mają inny stosunek do życia i śmierci. Inaczej reagują na widok krwi. Widok krwi wywołuje w nich napięcie, fascynację, wpadają w jakiś mistyczny trans, widzę ich ożywione gesty, słyszę, jak wydają okrzyki. Przed mój hotel zajechał nowym wozem właściciel sąsiedniej restauracji. (…) Zrobił się ruch, na podwórzu darły się zarzynane kury. Ich krwią ludzie najpierw spryskiwali siebie, a potem mazali nią karoserię samochodu. (…) Był to chrzest ‘Pontiaca’. Tam, gdzie jest krew, cisną się, aby umaczać w niej ręce. Nie umieli mi wytłumaczyć, do czego jest to potrzebne.” [str. 159]

“Szachinszach” to niezbyt długa rozprawka o krwawych dziejach Iranu. Autor udziela nam w niej strawnej lekcji historii, której nie uraczą nas w szkołach (pomijając fakt, że już na te ważne z perspektywy Polaka wydarzenia często brak czasu). Tym samym Kapuściński zgłębia naturę rewolucji, do której zbliżają nas kolejne kartki reportażu (co można odnieść w całości także do innych wydarzeń na świecie), ale także naturę Irańczyków. Mimo wszystko w kilku miejscach wyraźnie uwypukla fakt, że mieszkańcy tego rejonu to ludzie, których w teorii i w praktyce nic od nas nie różni.

Niezmiernie ciekawy jest styl Kapuścińskiego. Kiedyś usłyszałam, że idealnym reporterskim zdjęciem jest obraz, z którego da się wyprowadzić całą historię. Taki jest właśnie warsztat autora. Z artystycznego ładu, na który składają się notatki, nagrania czy właśnie zdjęcia wprowadza nas w świat kompletnie nam nie znany, opowiadając historie niczym Szeherezada: tak że (w tym wypadku) nie sposób przestać czytać. Ze znanych nam skądinąd fotografii wchodzi w świat Szachów, rozwijając kolejne podrozdziały z życia mieszkańców Iranu. W książce tych zdjęć nie zobaczymy. Ale jest to całkowicie zbędne. W swoim talencie Kapuściński bowiem przedstawia nam je tak, iż można mieć wrażenie, że właśnie trzymamy je w ręku, niczym prywatne fotografie, na podstawie których powracamy we własną przeszłość.

W sposób niezwykle dbały autor przedstawia nam czym jest prawdziwy reportaż. Prawda i realizm aż biją z kolejnych stron. Obiektywnie, bez zbędnych słów i bez zbędnego patosu zwraca uwagę na kilka ważnych prawd, które są powszechnie znane, ale nie zawsze w powszechnym szumie zwraca się na nie uwagę.  Jest tutaj kilka bardziej dobitnych fragmentów, które dadzą się na długo zapamiętać. Z tym, że można je odnieść do jakiegokolwiek obszaru.

“I oto w momencie, kiedy zniknęli ostatni uciekający odsłaniając nagą płaszczyznę ogromnego placu, widzimy, że na samym środku pozostał beznogi inwalida w wózku. Też chce uciekać, ale jedno koło ma nieruchome (…). Rozpaczliwie popycha rękami wózek, bo kule świszczą dokoła, tak że odruchowo chowa głowę w ramiona, ale nie może odjechać, kręci się w jednym miejscu. Jest to widok tak szokujący, że żołnierze na moment przestają strzelać, jakby czekali na specjalny rozkaz. Zapada cisza. Widzimy szeroki, pusty plan i tylko w głębi ledwie widoczna, zgarbiona postać, z tej odległości jakby ranny, konający owad, samotny człowiek, który jeszcze walczy uchwycony w zaciskającą się sieć. Nie trwa to długo. Znowu strzelając, mając już przed sobą tylko jeden cel, po chwili ostatecznie nieruchomy, który pozostanie na środku placu przez godzinę czy dwie, jak pomnik.” [str. 144]
Szachinszach, Ryszard Kapuściński, publicystyka/reportaż, Czytelnik, 2005, 162 strony
Moja ocena: 9/10
1 Komentarze
Podziel się treścią

Joanna Kulik

Absolwentka Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej. Opcjonalnie technik obsługi turystycznej. Uwielbia czytać, oglądać, podróżować, odkrywać. I o tym pisze.

1 Komentarze

  1. Podsumowań roku 2013 część trzecia: książkowa – Świat w słowach i obrazach
    16/02/2018 at 3:12 pm

    […] Szachinszach, Ryszard Kapuściński   8/10czytaj o książce na LCczytaj recenzję na blogu […]

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Obowiązkowe pole są odpowiednio zazanaczone*