recenzja książki

Rozmyślania i opinie o świecie w okresie choroby

rozmyslania-i-opinie-o-swiecie-w

Książka wpadła mi w ręce przypadkiem. A gdy zaczęłam ją czytać, nie mogłam się od niej oderwać. Intymny, nostalgiczny, wzruszający i arcyciekawy dziennik z okresu walki z chorobą. Główna motywacja do jego powstania: oczekiwanie na narodziny wnuczki. A jego tematem jest wszystko to, wokół czego kręci się świat Jerzego Stuhra.

Tak, dziwny czas, kiedy łatwiej nam się zwierzyć psychoanalitykowi niż komuś bliskiemu. Jakże nam brak, jak nie umiemy, boimy się rozmów istotnych, rozmów boleśnie dotykających, ale też oczyszczających, niepowodujących permanentnej nienawiści. Co jest przyczyną? “Święty spokój mieć”, “będzie niepolitycznie”, “może mi zaszkodzić”, wreszcie “mogą mi odpowiedzieć tym samym – szczerością do bólu, prawdą kolącą”, a tego bym nie zniósł. A więc nie drażnić, aby nie być drażnionym. Taki wygodny, prywatny circulus vitiosus. [1]

Tak sobie myślę… to klasyczny dziennik. Intymny i nostalgiczny. Pisany przez niecały rok. Ale zawiera znacznie większy kawałek życia Jerzego Stuhra. Miał być lekturą tylko dla rodziny; dla wnuczki, na której urodzenie aktor i reżyser niecierpliwie czekał. Pewnych rzeczy nawet nie wypada, jak na przykład z Emmanuelle. Złośliwości i środowiskowych kpin z kolegów?!… Ale już zakiełkował straszliwy szatan Megalomanio, już chwyta w swe szpony. [2]

Dziennik czasu choroby? Owszem. Ale proszę nie mylić z nieprzerwanym pisaniem o chorobie. Życie postawiło Jerzego Stuhra w takiej a nie innej sytuacji. Dlatego nie obędzie się bez paru szpitalnych tematów. Basia poddała mi świetną myśl, abym spróbował się zastanowić, co dobrego dała mi choroba. To wcale nie jest takie absurdalne. Spróbuję. [3] Jednak jest to tylko otoczka.

Pretekst dla przypomnienia sobie wielu barwnych opowieści z życia wziętych. Znajdziemy tutaj przede wszystkim anegdoty kabaretowe, filmowe oraz teatralne. Wspomnienia z ukochanych Włoch albo relacje ze spotkań z ludźmi ciekawymi i ciekawszymi. Sięgniemy w mniej czy bardziej odległą przeszłość. Papież patrzy na mnie aktorskim okiem, a ja aktorskim okiem widzę, że Jego oko figlarne. I mówi “Proszę pana, ról się nie wybiera. – Odkłada łyżkę i… pokazuje palcem na siebie. – Belzebub i Papież – takie role przyszło nam grać i gramy je, i siedzimy razem przy stole.” [4]

Mimo całej chorobowej otoczki, przez którą tytuł ten powstał, nie ma tutaj narzekania. Może jedynie na dziwne sytuacje, w których Jerzego Stuhra stawiano – dawniej i obecnie. Każda moja wypowiedź tak zwana obywatelska była narażona na natychmiastową ripostę: panie Jurku, tu nie Seksmisja, czy ostrzej: dupa jest od srania, aktorzy od grania. [5] To wydaje mi się cechą niezwykle polską, dlatego przeżyło systemy. W Tak sobie myślę… znajdziemy wszystko to, wokół czego kręci się świat człowieka, który w pewnym momencie musi zacząć walczyć z chorobą. Mimo wszystko jest ironicznie, zabawnie i bardzo ciekawie. Czasami nawet wzruszająco. Biorąc na warsztat lata doświadczeń Jerzy Stuhr przekazuje czytelnikom swoje opinie na przeróżne tematy. Te ważne. I te ważniejsze (wszystko zależy od prywatnego systemu wartości). Dzięki czemu momentami jest bardziej filozoficznie.

Pisanie dziennika to ciągłe poszukiwanie inspiracji we wszystkim co się dokoła dzieje. Przyglądać się ludziom – oto moja rozrywka. [6] Dlatego ten niecały rok z życia jego autora to jednocześnie – po części – rok z życia każdego z nas. Dzięki niemu przypomnimy sobie wiadomości, którymi żyła cała Polska w tym okresie. Nie obędzie się bez polityki. Czy też dokładniej: jej komentowania. Mimo iż autor solennie obiecywał już na samym początku, że ten temat będzie się starał ograniczać. Czasami jednak po prostu się nie da.

Wydanie książki bardzo ułatwia jej czytanie. Wyglądem przypomina pamiętnik, jaki każdy z nas mógłby napisać. Jedyna różnica to oczywiście druk, a nie pismo odręczne. Choć zamieszcza się w niej obrazy żywcem wyjęte z dziennika. Dodatkowo opublikowano w niej wiele fotografii (także tych z prywatnych zbiorów), dzięki czemu jest klimatycznie i jeszcze bardziej intymnie.

Tak sobie myśle… to propozycja niezwykle interesująca. Po jej przeczytaniu bardzo żałuje się, że to już koniec. Autor tego tytułu od początku zakładał, że jego idealnym zakończeniem będzie moment narodzin ukochanej wnuczki. To motywowało go do opisywania rzeczywistości. Po latach dziewczynka będzie miała rewelacyjną pamiątkę. Jednak cieszę się, że te (prawie) codzienne relacje mogły dotrzeć do szerszego grona. Bez różnicy czy jest się, czy też nie jest fanem autora tych opowieści. Warto przeczytać, by się przekonać, że zdiagnozowanie choroby to nie wyrok; życie toczy się dalej i warto mieć motywację do jej pokonania.

Tak sobie myślę…, Jerzy Stuhr, pamiętniki i wspomnienia, Wydawnictwo Literackie, 2012, 272 strony
subiektywna ocena: 7/10
***
[1] Jerzy Stuhr, Tak sobie myślę…, Wydawnictwo Literackie, 2012, s. 102
[2] Tamże, s. 67
[3] Tamże, s. 236
[4] Tamże, s. 43
[5] Tamże, s. 55-56
[6] Tamże, s. 8
Recenzja bierze udział w wyzwaniu:
3 Komentarze
Podziel się treścią

Joanna Kulik

Absolwentka Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej. Opcjonalnie technik obsługi turystycznej. Uwielbia czytać, oglądać, podróżować, odkrywać. I o tym pisze.

3 Komentarze

  1. Ann RK
    30/11/2013 at 7:31 pm

    Bardzo ciekawa książka, choć autor wydawał mi się nieco… marudny. 😉

    • admin3682
      01/12/2013 at 9:21 am

      Może… tak trochę. Ale który Polak jeszcze od czasu do czasu nie pomarudził? 😉

  2. Trochę strachu, trochę śmiechu – Świat w słowach i obrazach
    04/03/2018 at 4:04 pm

    […] oraz inne książki biograficzne lub wspomnieniowe Henryka Sytnera Wakacje na dwóch kółkach Tak sobie myślę… […]

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Obowiązkowe pole są odpowiednio zazanaczone*